Macierzyństwo made in Cabo Verde

Na zakupach.

Na zakupach.

– Jak masz na imię?
– Emilia.
– O to takie kabowerdiańskie.
– Ile masz lat?
– Około 30 (ujmę to tak, gdyż pytania zadawane były w różnym czasie i wiadomo, tu odpowiedź się zmieniała)
– Masz dzieci?
– Nie, jeszcze nie.

I wtedy się zaczynało. Jak masz na imię, ile masz lat i czy masz dzieci – to, moim zdaniem, statystyczne rzecz ujmując najpopularniejszy zestaw pytań, jakie padają z ust Kabowerdiańczyka przy pierwszym spotkaniu. Przynajmniej mi się zazwyczaj taki zestaw mi się najczęściej trafiał. I tak jak dwa pierwsze pytania, a właściwie odpowiedzi na nie, nie budziły żadnych kontrowersji, to trzecia, zwłaszcza w świetle drugiej bardzo często przeradzała się w dyskusję.

30 lat i jeszcze nie masz dzieci? Wszystko w porządku? Coś nie tak? Nie chcesz mieć? Starałam się wtedy przedstawić swój punkt widzenia, że podróże, wolność, praca, właściwy czas, właściwy mężczyzna, ale rzadko kiedy spotykałam się ze zrozumieniem, często zaś miałam wrażenie, że mój rozmówca nie słucha, ale tylko czeka aż skończę, żeby – w przypadku kobiet, wyłożyć mi racjonalne powody, by mieć dzieci, a w przypadku mężczyzn, nierzadko złożyć pół żartem, pól serio, propozycję – bo wiesz, ja ci mogę podarować jedno. I to nie oznaczało bynajmniej oddanie jednego, które już posiada.
Nierzadko, niezależnie od płci, wątek kończył się zatroskanym stwierdzeniem, które stawało się coraz bardziej zatroskane wprost proporcjonalnie do przybywających mi miesięcy – Wiesz, trzydziestka.. to już najwyższy czas…

Nie pamiętam już ile razy przerabiałam ten wątek, ale wyraźnie utkwiły mi w głowie dwie sytuacje.

Brałam raz udział w zdjęciach do pewnym przedsięwzięciu, które łączyło się z pobytem w pewnej małej rybackiej wioseczce. Codziennie stołowaliśmy się w niewielkiej restauracyjce. W ekipie była jeszcze jedna dziewczyna, nieco ode mnie młodsza. Często zdarzało nam się gaworzyć z kobitką, która była „właścicielko-kucharką” w naszej jadłodajni. Dość szybko w rozmowie wyszedł nasz wiek i bezdzietność. Niemal zawsze, gdy przychodziliśmy na posiłek kobitka rzucała tekst w stylu dziewczyny, czas wam ucieka, jak tam można bez dzieci.

Wracając z zakupów.

Wracając z zakupów.

Raz natomiast przegoniła chłopaków, którzy byli razem z nami w ekipie i zrobiła nam poważny wykład. Że bez dzieci to tak nie można, że ciężko. Chłop, jak to chłop. Pójdzie sobie gdzieś, odejdzie. I co, na starość tak same będziemy? A jak zachorujemy? Kto nam poda szklankę wody? A jak w nocy jest ci smutno i nie masz się do kogo przytulić? Masz dziecko!

Inna sytuacja, która dość głęboko zapadła mi w pamięć miała miejsce w pewien sobotni wieczór, na co tu dużo mówić imprezie. Rozmawiałam z nowo poznanymi nastolatkami, miały może z 17-18 lat. Jedna z nich, która ma dwuletniego synka, tak w skrócie skwitowała kwestie wczesnego macierzyństwa – to wszystko dzięki catchupie (tradycyjnemu daniu przygotowywanemu na bazie kukurydzy, bardzo pożywnemu i „ciężkiemu”), dzięki temu mamy tyle siły i krzepkości.

Raz zdarzyło mi się, że sprzedawczyni na targu chciała mi oddać kilkumiesięcznego maluszka twierdząc, że w domu ma jeszcze kilka innych dzieciaczków…

Raczej powszechne jest to, że jedna kobieta ma kilka dzieci, każde od innego rodzica. Najczęściej dzieci zostają przy matce, a ojciec daje pieniądze, by wesprzeć utrzymanie swojego potomka, odwiedzając go czasem lub nie. Najczęściej kwoty takowych alimentów ustalane są nie sądownie, ale między zainteresowanymi. Wydaje mi się, że dla niektórych kobiet dziecko z danym mężczyzną jest pewnego rodzaju inwestycją, która gwarantuje (przynajmniej z założenia) zastrzyk gotówki co jakiś czas.

Dzieci często towarzyszą mamie podczas pracy, jeśli sprzyjają temu warunki, w przeciwnym zaś wypadku zostawia je się u babci, kuzynki, ciotki, sąsiadki. Istnieje też instytucja jardim – przedszkola, ale nie w każdej miejscowości i nie jest bezpłatna. Z pomocy babci, kuzynki, ciotki, sąsiadki korzysta się też w przypadku, gdy chce się wyjść na imprezę czy na randkę… Słowem, ale o co ci chodzi? Przecież dziecko w niczym nie przeszkadza!

Czasem dziecko trzeba zabrać ze sobą do pracy. Targ w Assomada, Wyspa Santiago.

Czasem dziecko trzeba zabrać ze sobą do pracy. Targ w Assomada, Wyspa Santiago.

Właśnie pisząc te słowa usłyszałam zabawę dwóch dziewczynek. Zdaje się, że bawiły się w dom i często, na określenie mężczyzny, być może męża, chłopaka używały określenia – pai de nha filho – ojciec mojego dziecka.

Uwago-prośba! Artykuł powstał na podstawie moich obserwacji, ale proszę wziąć pod uwagę, że jest w pewnym sensie wycinkiem rzeczywistości i w żadnym wypadku nie ma na celu ocenianie.
Znam też trzydziestoparoletnie Kabowerdianki, które nie mają dzieci oraz małżeństwa, które mają jedno, dwoje dzieci, choć w zdecydowanej mniejszości. Na wszystko należałoby też spojrzeć poprzez sytuację życiową, przekonania itp., danej osoby. Słowem – na każde uogólnianie trzeba spojrzeć z przymrużeniem oka.