Santa Marta

14/06/2011 Morze Karaibskie – pierwsze moczenie

Karaiby!

Karaiby!

Semi-camy, ćwiatki-camy.. w podróżowaniu dobre jest to, że po całym dniu eksplorowania człowiek często po prostu zasypia. Nie marudzi, że mu niewygodnie, że poduszka nie taka, że za jasno, za ciemno, za głośno, za cicho. Obiera pozycję mniej lub bardziej zbliżoną do horyzontalnej i już go nie ma… Tak było i tym razem. Podniesienie się z siedzenia i opuszczenie w następnym ułamku sekundy autobusu o poranku było czynnością wykonaną nie do końca świadomie. Ale z sukcesem, bo nic nie zginęło w akcji.

Nie wszystko jest na sprzedaż. Ta kamienica akurat tak.

Nie wszystko jest na sprzedaż. Ta kamienica akurat tak.

Ba, dzięki takiemu stanu umysłu, człowiek bardziej skupia się na bardzo odczuwalnej zmianie klimatu i na tym, że kiedy szedł spać było przyjemnie chłodno, a kiedy się obudził- parno i duszno, niż na tym, że miejscowość, w której kazali mu się obudzić i wyjść z autobusu to wcale nie była Santa Marta, ale Cienaga i że do Santy Marty jeszcze jakieś półgodziny jazdy innym busikiem. Na szczęście ta przygoda była w cenie biletu do Santa Marty.

"Hostelowa" ulica w Santa Marta.

"Hostelowa" ulica w Santa Marta.

Kiedy już dotarliśmy, udajemy się w stronę ulicy z hostelami. Nie szukamy długo, głównie za sprawą upału, i wybieramy Hotel Mira Mar. 10000 COP/os. Od razu wypytujemy też o cenę trekkingu do Ciudad Perdida i po takim rozeznaniu ruszamy do Tagangi- żeby zobaczyć jak tam przedstawiają się ceny, no i oczywiście skorzystać z morza. W końcu dotarliśmy na Karaiby!

Plaża w Tagandze.

Plaża w Tagandze.

Taganga- jest chyba odpowiedzią na to, czego turyści spodziewają się po wybrzeżu. Opaleni, wytatuowani chłopcy z dreadami, panie sprzedające owoce, firmy oferujące nurkowanie. Tak prezentuje się mała Taganga. Wybraliśmy się na mniej uczęszczaną plażę. Przynajmniej wydawało nam się, że 15 minut spaceru z elementami „pod górkę”, trochę odstraszy plażowiczów.

Ej bialutka! Może masażyk?

Ej bialutka! Może masażyk?

Tłumów może i nie było, za to był Pan Masażysta, który uprawiał dość agresywny marketing swoich usług – po prostu krzyczał do każdej gringo, –Ej bialutka! Ej kurczaku!– zapewniając ją, ze jej marzeniem jest być opaloną i tylko jego masaż z użyciem olejka kokosowego to zapewni. Nie było łatwo, ale się opierałyśmy i tylko dzięki nadludzkiej sile woli nie poddałyśmy się zabiegowi.

Może kokosik?

Może kokosik?

Do Santa Marty wróciliśmy zatem tak biali, jak z niej wyjechaliśmy… no może nie do końca jest to prawda.. może lekko różowiutcy oraz bez załatwionego trekkingu. Nasz hotel okazał się być bowiem korzystniejszy cenowo niż polecana przez przewodniki Taganga Tours. 225 $.

Jeszcze tego samego wieczora dobijamy targu i umawiamy się na rozpoczęcie trekking następnego dnia.

O sosie krewetkowym z Ricon Paisa będziemy marzyć przez całe pięć dni trekkingu!

O sosie krewetkowym z Ricon Paisa będziemy marzyć przez całe pięć dni trekkingu!

W między czasie odkrywamy kulinarny skarb wyprawy, czyli restaurację Ricon Paisa, którą prowadzi Juan Carlos Vargas. Zaskoczył nas ciepłym przyjęciem i tym, że generalnie dba o klienta. Okazuje się, że jest właścicielem restauracji od niespełna 2 tygodni! Zaprzyjaźniamy się i zakochujemy w jego sosie krewetkowym. Będziemy nieraz o nim marzyć! (O sosie:) No i mamy swoją knajpkę w Santa Marta. Zlokalizowana jest carrera 1 con 12. Kto przegapi ten gapa

Reklamy